Wyprawa motocyklem wokół Morza Czarnego – relacja

Były marzenia ale mgliste ….. bo to takie trudne tyle pieniędzy i gdy by nie grupa wariatów, którzy nie do końca wiedzieli na co się porywają nie doszło by do tej wyprawy ……. w każdym z nas jest coś takiego ze chcemy pokazać ze jesteśmy lepsi od innych bardziej odważni kreatywni w pewnym sensie to jest dobre to napędza ludzkość nie pohamowana chęć odkrywania czegoś nowego. Chłopaki jada ja się waham i rzutem na taśmę załatwiam wszystkie papiery (paszport z wiza rosyjska w środę do odebrania w Warszawie, a wyjazd w czwartek).

Taka okazja może się nie powtórzyć szybko, a wyjazdu nie odżałował bym chyba do końca życia więc jedziemy. Plany ambitne ale czy uda się wszystko zrealizować ?chyba nikt z naszej szóstki nie jest tego pewny. Jedni boja się awarii motocykli inni słabości ciała trudów podroży nieznanego terenu,kłopotów z językiem każdy czegoś innego ale każdy ma nadzieje przeżyć wspaniała przygodę.

Wyruszamy w czwartek 15 sierpnia w Święto Bożego Ciała. Niech Bóg nas prowadzi przez kraje gdzie wiara się dopiero odradza, przez miejsca gdzie wiara jest zupełnie inna od naszej i przez miejsca gdzie Bóg nikogo nie obchodzi.

Jadać przez Polskę odwiedzamy miejsca gdzie już kiedyś byliśmy motocyklami,tereny które już kiedyś zwiedzaliśmy w swoich podróżach. Pierwsza granica z Ukraina niby nic ale gdzieś głęboko czai się niepewność jak nas przyjmą ile papierków i czy wszystko zabraliśmy. Nie było tak źle, Ukraińcy wyciągnęli lekcje z Polsko- Ukraińskiego święta piłki nożnej i nie robią zbyt dużo problemów, chociaż papierów mogło by być mniej. Jesteśmy na Ukrainie paliwo tanie ale chcą od nas następne ubezpieczenie nie dajemy się przekonać bo przecież mamy już ubezpieczenia PZU, zielona kartę,jakieś specjalne na Rosję i jeszcze Wojażera – co za dużo to nie zdrowo. Jedziemy, cel to Lwów, po drodze widzimy biedę, rzadziej bogactwo ale ogólnie kraj wielkich możliwości i dziurawych dróg. Do Lwowa dojeżdżamy późnym popołudniem, wjeżdżamy do centrum miasta wyremontowanym i ładnym jak na realia Ukraińskie – ale musimy poszukać noclegu. Przy pomocy pomocnego sprzedawcy pamiątek lądujemy w Hostelu Rokselana który mieści się w budynku po polskiej bibliotece, założonej przez Polskiego Hrabiego nazwiska nie pomne..

Piękny budynek z przepięknym balkonem ale zniszczony przez ząb czasu i brak remontów w czasach powojennych. Parking dla motocykli w rozsypujacym się garażu na podwórku które mogło by być tłem do filmów ze zburzonej Warszawy pozostaną w pamięci na długo.

Wieczór postanowiliśmy spędzić na mieście integrując się z naszymi braćmi Ukraińcami, skutkiem czego wylądowaliśmy w pubie z dużym telewizorem na ścianie W otoczeniu rozentuzjazmowanego tłumu który dopingował w meczu Ukraina – Czechy A my jak to na przyjaciół przystało dołączyliśmy do dopingu i ochoczo zajęliśmy się degustacja lokalnego piwa. Po chwili mieliśmy już kolegę Nazara Ukraińca który pomagał nam w degustacji. Czas płynął milo Nazar okazał się sympatycznym chłopakiem który chciał nam stawiać wódkę – chłopaki po pięćdziesiątce- ale musieliśmy wracać do hostelu bo jutro daleka droga Podziękowaliśmy Nazarowi za miły wieczór wymiana telefonów powrót do hostelu sprawdzenie czy nic nie zginęło – nie zginęło ale Henio ma problem ze znalezieniem toalety wszyscy mu pomagają jak już znalazł to nie ma papieru i wody- no cóż hostel…..

Nazajutrz w drogę, ale musimy jeszcze wyjechać ze Lwowa a to nie takie łatwe, centrum ok ale boczne ulice to makabra przynajmniej dla motocykli [ mokra kostka. dziury, korki i nierówności]kiedy zawadzam stopka o szyny tramwajowe mam już dość i chciałbym już wyjechać z tego pięknego miasta którym Lwów musiał być niewątpliwie kiedyś ale brak remontów dal o sobie znać. Poza miastem drogi trochę lepsze ale szalu nie ma, mimo to wrażenia ciekawe,ogromne połacie pul uprawnych i nie uprawianych lezących odłogiem,ogromne plantacje słoneczników i mijane ciężarówki marki ZIL obładowane jak wielbłądy przypominają ilustracje z pism dla młodzieży socjalistycznej [murzilka]. Na następny nocleg zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe kupujemy coś do picia w barze, motory w garażu odpoczywają a my możemy zając się degustacja miejscowych trunków.

Nazajutrz z lekkim bólem głowy ale w doskonałych humorach ruszamy na podbój ukraińskich dróg, które nie są wcale takie złe jak wszyscy opisują.

Zmierzamy do Odessy ale droga daleka i pełna niespodzianek ale o dziwo nie mamy problemów z milicja ukraińska, ktoś widział ze jechali za nami Lada parę kilometrów ale odpuścili bo my nie łamiemy przepisów drogowych jeśli chodzi o prędkości i zakazy jeśli chodzi o zawartość c2h5oh w organizmie to już inna bajka. Łykamy kilometry nic szczególnego się nie dzieje ale zbliża się wieczór i musimy gdzieś się zatrzymać na nocleg i zaczynają się schody. Ten chciałby tu tamten tam a ten trzeci ma wszystko w dupie bo i tak nie będzie tak jak by on chciał czyli najlepiej. To jest chyba nie nieuniknione w tak dużej grupie ale gdyby każdy się trochę postarał mogło by być o wiele lepiej. Nocleg jak nocleg śpimy w namiotach nad rzeka oczywiście integracja zespołu przy ognisku rozmowy o wrażeniach z drogi piwko wyśmienite takie jak kiedyś polskie przed wykupieniem wszystkich browarów przez zachodnie korporacje,coś na ruszt i lulu.

Następny dzień to Odessa gdzie spotykamy ziomala który jest zupełnie sam i szuka towarzystwa na wieczorna dyskotekę gdzie ponoć frekwencja jest 95%pięknych dziewczyn a reszta to turyści szukający wrażeń. Nie korzystamy ale wrażenia z miasta jak najlepsze ładnie czysto w porównaniu do tego co widzieliśmy do tej pory to nawet bogato Dla mnie rozczarowaniem są schody odeskie na filmie długie na kilometr a w rzeczywistości 25 metrów. Ale miasto robi wrażenie ma swoja historie i charakter.

Jedziemy dalej naszym celem jest Bakczysaraj dawna stolica hanów krymskich.Nieduża miejscowość gdzie główna atrakcja jest pałac a raczej kompleks budynków i ogrody, W jednych mieściły się pomieszczenia mieszkalne, w innym harem, i meczet do którego weszliśmy, oczywiście po zdjęciu butów. Kompleks odnowiony albo utrzymany w dość przyzwoitym stanie zbudowany w większości z drewna bogato zdobiony ogólnie wart zobaczenia.

Następny nocleg wypadł nam za Bakczysarajem w urokliwej okolicy, otaczały nas skały wysokie na kilkadziesiąt metrów a my swój obóz rozbiliśmy nad rzeka ukryta wśród drzew ogólnie bardzo klimatyczne miejsce. W dyskusjach na temat tego co zobaczyliśmy dzisiejszego dnia towarzyszyły nam modliszki siedzące na krzakach obok namiotów i piękny zachód słońca oświetlający skały nad nami na zloty kolor,Kąpiel w strumieniu tez był swego rodzaju przeżyciem bardziej duchowym niż fizycznym. Klimatyczne miejsce.

Rano na rumaki i dalej w drogę,kierujemy się do Jałty miasta gdzie zdecydowano o historii Polski powojennej. Przepiękna droga przez góry pełna serpentyn pięknych widoczków i ciekawych miejsc- jak na przykład Wielki Jar gdzie zatrzymujemy się na herbatkę, Zakręt drogi wykorzystany na parking i centrum handlowe w postaci kramów z przyprawami rożnego rodzaju herbatami i miodami Mila obsługa krótka wycieczka w głąb lasu Ścieszkami nad potokami i wodospadami. Dojeżdżamy do Jałty lekko zmęczeni po niezliczonych winklach i dość trudnej drodze ale ogólnie zadowoleni bo każdy ma uśmiech na twarzy i humory dopisują. Piękne miasto niesamowicie położone nad samym morzem na wysokich skalach porośniętymi zielenią i lasem. Kompleks trzech pałaców w pięknym ogrodzie alejki z kamiennymi ławkami na których siedzieli ówcześni władcy świata =przysiedliśmy i my, Chwila zadumy i refleksji nad historia i dalej w drogę.

Jedziemy brzegiem morza – plaże z czarnych kamyszkow, turkusowy odcień morza mało ośrodków dla turystów a my szukamy noclegu. Znajdujemy wreszcie miejsce nad morzem gdzie jest dużo namiotów jakieś bary i nie dokończone hotele, rozbijamy się na jedynym skrawku zielonej trawy i ruszamy do baru na piwko. Atmosfera z każdym wypitym piwem coraz lepsza ludzie sympatyczni a ceny dostępne także wracamy już po zmroku do namiotów. W nocy budzi nas Sławek B z okrzykiem ja pi……..le, pakuje się i jadę stad co to za smród; okazuje się ze ta zielona trawka na której się rozbiliśmy to wynik dobrego nawożenia z szamba które się przelewało w nocy i trawka sobie rosła bujna i zielona. a nasze namioty wśród tej zieleni Rano wstajemy dosyć wcześnie zegnamy się z poznanym wczoraj Jura i cala jego rodzina, pamiątkowa fotka i w drogę.

Jedziemy do przejścia granicznego z Rosja a raczej do przeprawy promowej w Kerczu.

Po drodze zatrzymujemy się na pamiątkowe zdjęcie w miejscu które niby niczym się nie wyróżniało ale które miało swój klimat, na horyzoncie pusta kreta droga spalone słońcem.

i usiane kamieniami laki, zarosła i winnice ogrodzone drutem kolczastym. Przed granica kolejka samochodów ale my omijamy tych nieszczęśników i stajemy bezpośrednio przed brama wjazdowa, ale celnicy każą nam czekać więc grzecznie czekamy. Dojeżdża do nas grupa motocykli z Moskwy a wśród nich dziewczyna Marusia młoda nawet ładna i na motocyklu – piękny widok.

Sympatyczni ludzie byli na zlocie motocykli na Ukrainie teraz wracają do domu- maszyny szosówki o dużej pojemności i mocy- nie nasz temat. Odprawa to oddzielna historia na kilka stron więc nie będę się rozpisywał bo trzeba tam być czuć ta atmosferę żeby zrozumieć jaki człowiek jest mały kiedy musi stawić czoło biurokracji w wydaniu rosyjsko – ukraińskim. Wspomnę tylko o pani – katalizator celniczka w szpilkach wyszła do nas i kazała odpalić każdy motor osobno, posłuchała popatrzyła i ……spasiba??????? Nie wiadomo co sprawdzała czy głośność czy czystość spalin na ucho i oko. Po ok godzinie jesteśmy już w Rosji. Piękny kraj gdzie benzyna po 2,90 za litr, tylko tankować i do przodu na podbój tego ogromnego kraju,Po zakupie piwa i innych napoi w osiedlowym sklepie szukamy miejsca na nocleg znajdujemy miejsce za ogromna wydma lub hałda ziemi która oddziela drogę od bardzo szerokiej plaży, rozbijamy namioty degustacja napoi i lulu/.Późnym wieczorem budzi nas pijana załoga Lady Niwa która zgubiła się na plaży szukając drogi do domu ale przeprosili ze zakłócają nasza cisze nocna i pojechali wężykiem dalej – pełna kultura.

Rosja …..kojarzy się z ruskim soldad który rabował i gwałcił polskie szlachcianki z Putinem

i ……..a jaka jest rzeczywistość. Piękny kraj sympatyczni ludzie, którzy nie są jeszcze skażeni zachodnia kultura czyli[[ konsumpcjonizmem]Nie spotkało nas nic złego w Rosji a wręcz przeciwnie dostaliśmy kurczaka po moskiewsku od człowieka który stal za nami w kolejce w sklepie spożywczym zupełnie bezinteresownie i bez zobowiązań, relacje z milicjantami na którymś z posterunków drogowych gdzie na propozycje zrobienia sobie zdjęcia z nimi, kamandir skazał no jak to tak bez awtomata, po czym poszedł i wrócił z kałachem w czapce i pozowaliśmy do zdjęcia.

Nie wiem na ile to jest normalne ale wyobraźcie sobie tylko naszego policjanta ze robi zdjęcie przy posterunku z turystami, którzy go o to poprosili?

A wracając do wrażeń z jazdy no to szok – szerokie drogi trochę łatane ale równe jeszcze szersze pobocza gdyby nie mijane Ziły i Lady i to co znajduje się za poboczem to Ameryka. Jedziemy spoglądając na drogi proste pola porośnięte słonecznikiem po horyzont przydrożne stragany z miodem i słoikami wypełnionymi czymś smakowitym i zdrowym (ekologicznym).

Idylla …….nie mogła trwać wiecznie coś się dzieje z motorem Adama B – okazuje się ze padło łożysko w tylnym kole ale jesteśmy w Rosji kraju którego nie doceniamy okazuje się ze w malej mieścinie jest sklep motoryzacyjny gdzie są wszystkie łożyska na dodatek można wybierać producenta. W warsztacie przy stacji paliw razem z sympatycznym właścicielem chłopaki wymieniają to co się popsuło a ja chyba mam pierwszy kryzys i nie wiem co sobie wymienić. Zmęczenie, bo droga chociaż ładna to nudna długie proste i chociaż na każdym postoju Henio coś dowali ze boki zrywać to jednak ma się trochę lat i zmęczenie materiału jest nie nieuniknione. Nocleg nad rzeka w zaroślach z dala od ludzkich oczu ;przy ognisku mija zmęczenie zły humor i liczy się to co zobaczyliśmy i czego doświadczyliśmy oczywiście dużo pomagają miejscowe trunki. Rano ruszamy trochę lepiej nastawieni do świata ale wjeżdżamy do Osetii Północnej z Biesłanem w programie i to jest to co powala mnie na kolana – nie jestem dumny ze jestem człowiekiem ……Przed Biesłanem spotykamy ruskiego na Goldingu mieszka w Omsku i wybrał się na przejażdżkę spotykamy go jeszcze w Biesłanie przed szkolą ale nie było o czym gadać.

Potem kierunek Kaukaz a właściwie Władykaukaz i do granicy z Gruzja – po drodze piękne widoki i sympatyczni ludzie

Na którymś z postojów widzimy Elbrus – potężna góra, robi wrażenie widok piękny jak z pocztówki ale my tu jesteśmy osobiście duchem i ciałem i gapimy się z otwartymi gębami. Podziwiając widoki jedziemy do granicy rosyjsko- gruzińskiej na której o dziwo kolejka ale surowy pogranicznik rosyjski każe nam objechać kolejkę i przez furtkę dla pieszych jedziemy do odprawy nikt nie zauważył ze Henio powiesił się motorem na wysokim krawężniku i nie mógł się ruszyć ani wpieriod ani nazad – machał nóżkami i pocił się się coraz bardziej a publika myśląc ze to pokaz ekwilibrystyki nie spieszyła się z pomocą ….Jak już dotarł do ekipy był gotów kogoś zabić ale strefil bo pełno mundurowych. Przejechaliśmy granice już o zmroku i nie bardzo mieliśmy pomysł co dalej ale zdecydowaliśmy jechać do Kazbegi najbliższego miasteczka z hotelem. Droga która musieliśmy pokonać okazała się droga wojenna w pełnym słowa znaczeniu dla czołgów nie dla innych pojazdów i do tego w nocy ale udało się jesteśmy w miasteczku. Rozglądamy się za noclegiem pytamy idących chłopaków o hotel.[Co hotel – nie hotel zapraszamy do nas do domu, mamy nie ma będzie fajnie-ale nas jest sześcioro ​? nie ma problemu zmieścimy się]. Strzał w dziesiątkę poznaliśmy sympatycznych chłopaków studentów, którzy śmiali się niemal bez przerwy ze udało im się poznać sześciu brudasów na motorach, którzy zajęli sypialnie, korytarz i pokój z biblioteczka z książkami z 1850 roku

Z perspektywy czasu nie dziwie się im za bardzo pomijając gościnność Gruzinów to miejsce jest odcięte od świata na pograniczu Rosyjsko Gruzińskim gdzie wojna czeka za oknem i ludzie żyją z dnia na dzień. W cudownym mieszkają miejscu ale bez perspektyw.Rano śniadanie gruzińskie zaplata za pobyt mamie, która się jednak znalazła. Pożegnalne fotki, wymiana adresów i w drogę.

Jedziemy droga praktycznie bez nawierzchni gdzie nie gdzie asfalt albo to co z niego zostało i nagle widzimy coś co już gdzieś widzieliśmy z relacji o podróżach po Gruzji, taras nad zboczem stromo schodzącym w dol do niewielkiej rzeczki w dole która wije się między górami o niesamowitych kolorach. Sam taras betonowy, od środka historia Gruzji od starożytności do dzisiaj wyrażona za pomocą namalowanych obrazów – kolorowo kiczowato ale jakoś wszystko pasuje i robi niesamowite wrażenie. Kierujemy się w stronę Tbilisi droga zrobiła się całkiem fajna równa ale co tam droga głowy wykręcają się we wszystkie strony bo okolica cudowna, piękne góry pasterze na koniach wypasający owce które z góry wyglądają jak małe robaczki Nagle parking i kilka straganów ze strojami Gruzińskimi i oczywiście jakimiś smakołykami z syropu owocowego i, piękny strumień złota zastygły na zboczu idziemy zapakować kufry tym zlotem ale okazuje się ze to woda z zawartością rudy miedzi spływając osadziła się przez wieki nalot koloru złota na i zwodzi zachłannych bogactwa podróżników. Wiec zostaje nam wsiąść na rumaki i dalej w drogę.

. Porażeni pięknem otaczających nas krajobrazów przejeżdżamy Tbilisi nie zatrzymując się. Ja nie wiele pamiętam z tego miasta, jakiś pomnik dużo budów i wariacka jazda tubylców nie poraziło mnie tak jak prowincja czyli góry wawazy piękne widoki jak rożne od tego co widzimy w Polsce. Ale to co najlepsze w tym dniu dopiero przed nami. W planach mieliśmy dotrzeć do granicy z Armenia ja kocham skróty więc jedziemy droga, powiatowa,skrót miał nam pozwolić nadrobić jakieś 20 kilometrów. Koszmar ale taki który powraca jako coś co warto było zobaczyć i przeżyć zaczol się po 5 kilometrach,droga zamieniła się z dziurawego asfaltu po którym trzeba było kluczyć motorem jak między pachołkami na kursie prawa jazdy na drogę a właściwie brak drogi i tylko pobocze było możliwe do jazdy na odcinku powiedzmy 100 metrów i trzeba było przejechać w poprzek drogi na druga stronę tam następne 100 metrów i z powrotem i tak 15 kilometrów ale na liczniku pokazało chyba 30 a na naszych gębach banany i iskierki w oczach bo o to chodzi żeby było trudno na tyle by było co wspominać Po drodze mały postój przed jakaś fabryka czy może elektrownia atomowa w ruinie Strażnicy pojawili się natychmiast ale bardziej interesowali się naszymi motocyklami niż tym co mieli ochraniać. Parę fotek i dalej bo czasu mało a trzeba znaleźć miejsce na biwak a tu na razie okolica jak z pgr-owskich reali- rozwalające się bloki brudne podwórka i zaniedbane obejścia to jest to co pozostawił po sobie KRAJ RAD Ale życzę temu krajowi jak naj lepiej bo ludzie tu życzliwi i weseli bez cwaniactwa i zachodniej obłudy.

Powracając do noclegu to znajdujemy miejscówkę nad rzeka. Rzeka piękna wijąca się po zielonych lakach a w nurcie kamienie o które rozbija się szybki nurt ………..tylko woda śmierdząca zanieczyszczona fekaliami i chemia a obok nas strumień – dopływ tej rzeki z płynem przypominający ten z łódzkiej rzeczki ……….Ner…. tylko zapach bardziej ohydny. Ale nikomu nie chce się już szukać lepszej miejscówki tym bardziej ze w bagażach mamy winko kupione w sklepiku po drodze, przed ta nieszczęsna i nie zapomniana droga. Okazuje się ze jesteśmy tak zmęczeni a wino tak mocne ze ja śpię przed namiotem potem wciągają mnie do namiotu za nogi ale kurtka z dokumentami zostaje przed – co by było gdyby miejscowi chcieli zobaczyć kto do nich zawitał. Nie wiem może miał bym już rodzinę w Gruzji a Polskę oglądał bym w wiadomościach, bo bez dokumentów raczej bym się stad nie wydostał.

…Nazajutrz wjeżdżamy na dużym kacu, moralnym tez, na granice Gruzinsko-Armenska. Pierwsze kroki oczywiście do sklepu bezcłowego z alkoholem ale po tym jak obsługa łazi za nami krok w krok pilnując byśmy nie ukradli tych wspaniałości w postaci whisky brandy i Gorbaczowa odechciewa nam się zakupów. Okazało się ze na granicy nie maja psów które wyczuwają alkohol i udaje nam się przejechać na Armeńska stronę ale tam zawracają nas z drogi i każą wykupić jakieś ubezpieczenie Armeńskie – wszystko to jakieś podejrzane.Punktem programu jest tekst Adama J. do Henia który zbierał naklejki z każdego kraju do naklejania na kufry i był niekiedy upierdliwy w tym temacie więc kiedy dostaliśmy piękne naklejki za 40 euro Adam nie wytrzymał i puścił tekst /jak chciałeś naklejki k…….a to masz/a poza tym to pełna kultura nawet woda mineralna nas poczęstowali i gdyby nie te 40 euro i 2 godziny stracone to było by przyjemnie. Jesteśmy w Armenii – wyobrażając sobie ten kraj cofnijcie się do lat80 w Polsce te same brudne ulice szarość i bieda i tylko niekiedy widać wille z kutymi bramami niektóre elementy złocone, na zewnątrz klimatyzator- jak z innej bajki. Przepych i bieda obok siebie. Zatrzymujemy się w małym miasteczku żeby pobrać z bankomatu kasę w międzyczasie przechodzący obok Armeńczyk zaprasza nas do swojego sklepu mięsnego i częstuje arbuzem którego kupił przed chwila chyba specjalnie dla nas. Dziękujemy i ruszamy w dalsza drogę nad jezioro Sewan które jest naszym celem w Armenii na miejscu jemy obfity obiad-czyli chleptowine jakieś pierożki i surówki wszystko wyśmienite-a płacimy dolarami euro i złotówkami – co za kraj. Następny postój to świątynia katolicka bo Armenia to pierwszy kraj katolicki i tu są korzenie naszej wiary. A na horyzoncie góra Ararat z ośnieżonym szczytem, górująca nad okolica z ukryta Arka gdzieś na jej zboczach-robi wrażenie……Ale czas w drogę bo trzeba znaleźć miejsce na nocleg a teren tego nam nie ułatwia skaliste góry i stoki teren nie na biwak ale udaje nam się znaleźć miejscówkę przy opuszczonym budynku w doskonalej kondycji i trochę nie pasujący do otoczenia bo z czerwonej cegły z zegarem na ścianie frontowej w środku windy i marmury i wszystko to opuszczone – dziwne………

Nocleg bez problemów- jedziemy dalej w kierunku Gruzji bo Armenia jest w stanie wojny z Turcja i przejścia są zamknięte. Docieramy z powrotem do Gruzji i kierujemy się do skalnego miasta z czasów starożytnych o nazwie Vardzia. Z nieba leje się żar jest chyba ze 40 stopni ale docieramy szczęśliwie, widoki znowu powalają na kolana. Skalne miasto – wykute w skalach pomieszczenia rożnego przeznaczenia od cerkwi po sypialnie i spichrze wszystko to połączone korytarzami schodami i wąskimi szczelinami przez które Dawid i Długi przeciskają się z dużym wysiłkiem. Przed wiekami nie było widać tych korytarzy i odkrytych pomieszczeń ale trzęsienie ziemi spowodowało oderwanie się części zbocza i odsłonięcie wnętrza tej fortecy bo z myślą o obronie i niedostępności dla wroga było zbudowane. U podnóża sklepy z pamiątkami najczęściej produkcji made in china, kupujemy jakieś badziewia i dalej w kierunku Batumi. Na którymś z zakrętów łapie pobocze i ląduje w rowie- szczęśliwie bez wywrotki ale było blisko, trzeba uważać bo do domu kawal drogi. Na nocleg wybieramy miejsce nad rzeka przy samej drodze ale nikt nas nie niepokoi i rano ruszamy po drodze zwiedzamy odbudowany kompleks zamkowy w miejscowości Aklacikle. Wart zobaczenia bo wszystko nowe chociaż udaje stare. Z mapy wynika ze drogę do Batumi można skrócić przez góry miejscowi odradzają nam bo droga niezbyt dobra-ale my już nie takimi podróżowaliśmy więc jedziemy. No i okazało się ze taka jeszcze nie jechaliśmy – na początku asfalt wszystko normalnie są znaki jest pobocze potem szuter brak znaków na rozjazdach i musimy się poruszać na wyczucie po pięciu kilometrach spotykamy rowerzystów z Austrii, którzy jada z przeciwka pytam się czy daleko jeszcze taka nawierzchnia mówią ze jeszcze piec kilometrów [to znaczy powiedzieli pięćdziesiąt ja zrozumiałem piec]wiec jedziemy dalej. W wysokich górach nawierzchnia z szutru zamieniła się na kamienista po której można było jechać max 10 na godzinę bo kamienie obsuwały się razem z motorem,po próbie hamowania przednim kołem Adam ma wywrotkę i ląduje z noga pod motocyklem., szybka akcja ratownicza drugiego Adama który pomaga mu się wydostać i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do przełęczy na wysokości 2025 metrów.

.Krótki postój i jedziemy dalej, po niezliczonych winklach i drodze która pozwalała jechać max 30 kilometrów na godzinę, wioskach w których czas zatrzymał się dawno temu lądujemy w miasteczku Huj z Bankiem knajpa i wyciągiem linowym niknącym gdzieś w chmurach. Jesteśmy wszyscy bez wyjątku zachwyceni jazda, dla tej trasy warto było tłuc się tyle kilometrów,i chociaż każdy zmęczony to w oczach iskry a na gębach brudnych niemiłosiernie uśmiech i szczęście. Zainteresowanie miejscowych dosyć duże oglądają maszyny z zainteresowaniem a na nas patrzą jak na nie spelna rozumu. Jedziemy do knajpy – zamawiamy miejscowe specjały które smakują wybornie popijamy kawa i dalej w drogę ale już asfaltowa – nuda ale widoczki fantastyczne.

Zmierzamy do Batumi na przedmieściach szok, bloki z wystawionymi przez okno rurami od pieców – widać biedę ale centrum i plaza z betonowym deptakiem po horyzont scieszka dla rowerów piękne budynki o ciekawej architekturze – zupełnie jak z innej bajki,tu widać bogactwo.

Kapiemy się z Adamem w morzu i czekamy na chłopaków, którzy gdzieś się zapodziali, po szczęśliwym odnalezieniu się uściskach i całusach ruszamy na przejście z Turcja. W odprawie pomaga nam miejscowy cwaniak bierze nasze paszporty i za 20 euro prowadzi nas do odpowiednich okienek, przejeżdżamy szczęśliwie na Turecka stronę i szukamy kawałka plaży na obozowisko udaje się znaleźć fajna miejscówkę tylko plaza kamienista i jest problem z rozbiciem namiotu ale jesteśmy już przyzwyczajeni do takich warunków – idziemy spać.

Noc bez problemów nikt nas nie zaczepiał ani nie niepokoił. Jedziemy dalej wybrzeżem morza czarnego od miasteczka do miasteczka, droga równa dwa pasy w jedna dwa w druga środkiem pas zieleni z płotem zamiast barierek a plot z kutego metalu takim jak przed polskimi domami-szok. Osobiście spodziewałem się biednego kraju a tymczasem widać ze ktoś dba o infrastrukturę o czyste ulice i chodniki i plaże przy których prawie we wszystkich miasteczkach urządzenia do ćwiczeń fizycznych i o dziwo wszystko działa nie jest zepsute zdewastowane przez niewyżyta młodzież-widocznie kultura tutaj jest na wyższym poziomie niż w Polsce.

Na jednym z postojów niedaleko Istanbulu spotykamy dwóch chłopaków z Australii jeden na skuterze są w trasie już drugi rok zmierzają do Londynu i samolotem do domu – czapki z głów.

Objechali prawie cały świat Amerykę Azję Europe zazdrościmy im bardzo, morze kiedyś tez będzie stać któregoś z nas na taka ekspedycje, ja już jestem za stary na taka wyprawę ale może któryś z moich synów załapie bakcyla.

Powoli zbliżamy się do Istambułu, jedziemy słynnym mostem przez Bosfor [przejazd za Frii] i jesteśmy w EUROPIE. Decydujemy się poszukać taniego hotelu i noc spędzić w cywilizowanych warunkach.

Lądujemy w hotelu blisko morza i nie daleko centrum., motory stoją równo w szeregu przed hotelem,a my musimy się doprowadzić do porządku czyli normalna toaleta itp. Nazajutrz ruszamy trochę pozwiedzać robimy zakupy na Grand Bazarze, widzimy Hagia Sofie jemy coś w tutejszych knajpkach których jest mnóstwo kapiemy się w morzu ja nurkuje z miejscowym chłopakiem po jakieś muszle na jego kolacje – jedna mi się udaje wyłowić. Dostajemy butelkę zimnej wody mineralnej w nagrodę.

Wieczorem oczywiście idziemy na piwko i coś do zjedzenia nie wiemy co zamówić bo literki jakieś nieznajome ale Henio radzi sobie znakomicie zagląda ludziom w talerze – wola kelnera i mówi o to to poproszę. Odpoczęliśmy trochę to humory dopisują.

Rano śniadanie i w stronę Bułgarii ale musimy jeszcze wyjechać z tego ogromnego miasta które ciągnie się chyba przez 10 kilometrów. Wjeżdżamy do Bułgarii czyli unii europejskiej więc problemy z wizami i kontrolami na granicach powinny się już skończyć. Szukamy jakiegoś pola namiotowego nad morzem ale okazuje się to nie takie łatwe nie ma oznaczeń a plaże obstawione hotelami a nam kończą się pieniądze. Trafiamy wreszcie na prywatne pole i właścicielka pozwala nam się rozbić choć bez entuzjazmu chociaż jest prawie pusto,ale miejscówka ładna. Rozbijamy namioty i idziemy na deptak na piwko i coś do jedzenia, po Turcji tanio można jeść i pic ile dusza zapragnie. Polecam małe rybki chyba szprotki smażone na oleju-pycha. Nazajutrz idziemy się wykąpać bo woda ciepluteńka a plaże wreszcie piaszczyste i z żółtego piasku nie czarnego, prawie jak nad Bałtykiem tylko dużo dużo cieplej.

Woda cieplutka a na plaży miejsca pod dostatkiem, kąpiel wyśmienita mimo dużych fal i silnych prądów które są dosyć niebezpieczne. Chcialo by się tu zostać przynajmniej na tydzień ale – napieramy dalej-jak to Henio mówi,wiec czas iść do maszyn i w droge. Kierujemy się na Rumunie.

Ale po drodze zwiedzamy jeszcze Warnę, szukamy pomnika polskiego króla który tu zginał w bitwie ale nie znajdujemy za to znajdują nas miejscowe cwaniaczki i chcą nam sprzedać dolary za 50% ceny ale nie dajemy się wykiwać jemy pyszne lody i- dalej rzeźbić – jak mawia z kolei Sławek B. Po drodze mamy mała stłuczkę Sławek łapie glebę ale po wyprostowaniu przedniego kola jedziemy dalej. Granice przekraczamy promem przez Dunaj i jesteśmy w Rumuni. Szukamy miejsca na nocleg i znajdujemy znowu nad rzeka daleko od ludzkich oczu. Następnego dnia wjeżdżamy w Karpaty. Te same co w Bieszczadach a jednak inne więcej miasteczek i ludzi Zobaczyć można jak cala rodzina jedzie wozem konnym, pięknym wymalowanym i z rejestracja u nas rzadkość a tam standard jeszcze. Szukając noclegu wjeżdżamy na tamę bardzo podobna do Soliny, robiąc zdjęcia widzimy jakiś ośrodek nad zalewem jedziemy tam i zostajemy na noc w wynajętych domkach kempingowych. Wieczorem idziemy do baru na piwko gramy w bilarda słuchamy muzyki tańczymy oczywiście ze sobą bo jesteśmy sami w całym ośrodku. Starszy facet w barze karze nam nawet obsługiwać laptopa z muzyka i twierdzi ze ostatni raz taka impreza była jak przyjechało kilkunastu polaków i tez się świetnie bawili. A zapomniałem dodać ze w barze oprócz 2 stołów do bilarda rozwieszonych było parę hamaków w których bujaliśmy się w przerwach między tańcem a gra. Rano z lekkim bólem głowy ruszamy dalej na przełęcz. Kluj czy jakoś tak. Jazda to nie zapomniane przeżycie, po obu stronach strome skały ze by zobaczyć niebo trzeba zadrzeć głowę aż w karku strzela dołem droga wijąca się wzdłuż strumienia – bajka. Widoki maci tylko niezliczona ilość kramów poustawianych we wszystkich możliwych miejscach. Robimy zdjęcia ja kręcę film z tego urokliwego miejsca i powoli wyjeżdżamy z gór i kierujemy się na Węgry. Jeszcze jeden nocleg na polu przy rzece i następnego dnia przez Słowację wjeżdżamy do polski. I tak kończy się ta przygoda, szczęśliwi i bogatsi o trzy tygodnie nowych doświadczeń i trudów wiele fantastycznych chwil spędzonych razem niezliczonych wspaniałych miejsc fajnych ludzi i nie zapomnianych widoków dojeżdżamy do domu planując już następna podroż.

Nie bądź anonimowy. Zostaw ślad po sobie. Zapraszam do komentowania.
Dodaj swój komentarz